O akcji Stop Zakłuciom

Zgłoś swoją historię

O akcji Stop Zakłuciom
Wyślij swoją historię


Danuta, pielęgniarka, lat 49
O tym, że jestem nosicielem WZW dowiedziałam się właściwie zupełnie przypadkiem. Pracowałam wówczas w gabinecie zabiegowym w oddziale internistycznym w małym powiatowym szpitalu. Byłam w ciąży. W zabiegowym znalazłam się, kiedy stwierdzono że jestem w 10 tygodniu ciąży. Przedtem pracowałam na bloku operacyjnym tego samego szpitala.

W czasie ciąży wykonywano mi szereg badań. Wszystko było w porządku, poza jednym a właściwie dwoma wynikami. Stwierdzono u mnie antygen Hbs oraz przeciwciała anty HCV. Od tego momentu przestało być pięknie.
Zaczęłam w pamięci poszukiwać ewentualnego zdarzenia, które mogło do tego doprowadzić. Zakłułam się w swoim życiu zawodowym wiele razy, zachlapałam krwią, zdarzało się że na uszkodzone rękawiczki w czasie zabiegu zakładało się drugie. I cóż... W pierwszej ciąży wyniki dotyczące WZW były bez zarzutu, a teraz? Przecież moje koleżanki też się kaleczyły i tak samo jak ja nic z tym nie robiły, przecież byłam zbyt zajęta, żeby zawracać sobie głowę. A może to nie wynik pracy zawodowej? Trudno określić poziom rozpaczy, złe samopoczucie, depresja. Nic nie chciało mi się robić. Koleżanki mnie pocieszały, oddziałowa też, ale co z tego. Pytanie, które powracało jak bumerang: dlaczego to ja jestem nosicielem? dlaczego to ja mam chorować i być może umierać z powodu niewydolności wątroby.

Natrętnie szukałam przyczyny mojego problemu. To się jednak musiało zdarzyć na bloku operacyjnym. Przypominam sobie kilka sytuacji, ale jedna, może dwie są chyba najbardziej prawdopodobne jako przyczyny zakażenia. Raz pamiętam kiedy w czasie znieczulenia miejscowego do operacji małej przepukliny w czasie wyciągania igły ze skóry, lekarz na pewno niechcący zakłuł mnie nią. Igła utkwiła bardzo głęboko w mojej dłoni. Zmieniłam rękawice i pracowaliśmy dalej. Drugi raz w czasie dużej operacji zachlapałam się krwią z uszkodzonego naczynia krwionośnego. Przepłukano mi oko solą fizjologiczną i wszystko.
Nie przypominam sobie, aby na początku lat 90. była przestrzegana (czy w ogóle była przygotowana) procedura postępowania poekspozycyjnego.
Byłam młodym pracownikiem. Teraz dużo na ten temat czytam. Przestudiowałam Dyrektywę 32/2010 i mam nadzieję że wejdzie w życie w pełnym zakresie. Dalej spotykam moje koleżanki, które z zakłucia czy skaleczenia nic sobie nie robią. Może gdyby lekarz posługiwał się igłą z zabezpieczeniem – dziś nie miałabym problemu. Szczęśliwie pozostaję w dobrej kondycji, ale boje się o siebie i moje dzieci. Czy zdążę je wychować? Czy zobaczę jak zakładają rodziny? Czy będę się już wtedy borykać z objawami niewydolności wątroby? Szczególnie bardzo boję się wodobrzusza i encephalopatii i umierania w śpiączce wątrobowej. Staram się nie myśleć o tym wszystkim, ale samo tak jakoś przychodzi. Może znajdzie się jakiś skuteczny lek?
Mądry Polak po szkodzie... Liczę jednak na to, że nasi przełożeni zadbają o bezpieczeństwo pielęgniarek i takich osób jak ja, żyjących z piętnem nosicielstwa choroby zakaźnej nie będzie przybywać. Mówię o piętnie i robię to z pełną świadomością. Dlatego nie odważyłam się ujawniać swojego nazwiska.






Corocznie w Europie dochodzi do ponad 1 miliona zakłuć igłami i innymi ostrymi narzędziami wśród pracowników opieki zdrowotnej. Aż 75 proc. zranień powstaje podczas czynności związanych z opieką nad pacjentem.

Około 80 proc. przypadkowo zakłutych osób nikomu tego nie zgłasza.