Stop zakłuciom!

Mirosława Malara
Prezes Polskiego Stowarzyszenia Pielęgniarek Epidemiologicznych
Konsultant Wojewódzki w dziedzinie pielęgniarstwa epidemiologicznego dla woj. śląskiego
O akcji Stop Zakłuciom
Polskie Stowarzyszenie Pielęgniarstwa Epidemiologicznego mając na względzie bezpieczeństwo personelu medycznego, pracującego z ostrymi narzędziami, postanowiło już w 2009 roku propagować idee bezpiecznych narzędzi o konstrukcji zapobiegającej zranieniom.
Zanim jeszcze w Europie pojawiła się Dyrektywa 32/2010 o zapobieganiu zranieniom, PSPE wdrożyło szkolenia z zakresu alternatywnych, bezpiecznych rozwiązań, eliminujących ryzyko zakłucia i zakażenia wirusami hepatotropowymi lub HIV.

Liczne dowody naukowe wskazują na możliwość znacznego ograniczenia wypadków i zakażeń przy użyciu środków zapobiegawczych i ochronnych. W ramach sesji naukowych jakie zostały zorganizowane w ramach Zjazdów i konferencji PSPE, wykłady o zagrożeniu zakażeniami krwiopochodnymi prezentowali m.in. prof. A. Gładysz, prof. J. Juszczyk, prof. M. Mielke jak też przedstawiciele środowiska pielęgniarskiego mgr Beata Ochocka Konsultant Krajowy w dziedzinie pielęgniarstwa epidemiologicznego oraz Wojewódzcy Konsultanci w dziedzinie pielęgniarstwa epidemiologicznego. Biorąc pod uwagę skalę problemu, PSPE pozytywnie zaopiniowało pierwszy materiał szkoleniowy o zapobieganiu zakłuciom kaniulami dożylnymi.

Oprócz jednak niezbitych dowodów naukowych, przemawiających za stosowaniem bezpiecznych narzędzi kluczowe dla podjęcia decyzji o wdrożeniu szkoleń okazały się świadectwa pielęgniarek, które doświadczyły traumy i dramatu przypadkowego zranienia. Podobnie jak bolesne doświadczenia pielęgniarek angielskich przyśpieszyły proces implementacji Dyrektywy w Wielkiej Brytanii tak świadomość podobnych zdarzeń w Polsce, sprawia że tym bardziej staramy się wspomagać wdrażanie bezpiecznych procedur w poszczególnych szpitalach.

Jedną z takich sytuacji cytujemy za „Sharp thinking: Latest survey on sharps injuries. How one trust has reduced accidents. A nurse’s needlestick nightmare” (RCN Publishing Company, October 2005).
„To była rutynowa kaniulacja – czynność, którą Dianne Wright wykonywała prawie każdego dnia. Ale w skutkach, które pociągnął za sobą zabieg wykonany w grudniu 2003 nie było nic z rutyny. W rezultacie doświadczonego zakłucia, Dianne zaraziła się WZW typu C, a jej życie zmieniło się w sposób dramatyczny”.

„To był po prostu wypadek” mówi Dianne, specjalistka pielęgniarstwa endokrynologicznego w szpitalu Bradford Hospitals NHS Trust. Pracując w pomieszczeniu, gdzie nie miała wystarczająco dużo miejsca by mieć pod ręką zbiornik na ostrza medyczne, na chwilę odłożyła igłę na tackę. Gdy sięgnęła po taśmę do przymocowania kaniuli, usunięty mandryn ukłuł ją w palec prawej ręki. Dianne wiedziała, że pacjent miał WZW typu C. Natychmiast zadzwoniła do pielęgniarki medycyny pracy i przeszła standardową procedurę szpitalną po wystąpieniu zakłucia. „To było takie traumatyczne”, mówi Dianne. „Pacjent powiedział, że miał robione badania krwi w kierunku HIV w listopadzie i jeszcze nie miał wyników. Nogi się pode mną ugięły.”
Pielęgniarka medycyny pracy miała przygotowane leki anty-retro- wirusowe na wypadek gdyby Dianne zdecydowała się wziąć je profilaktycznie przeciw HIV. „Najbardziej bałam się, że stracę pracę” – mówi Dianne.
W tym momencie Dianne nie chciała nadmiaru informacji. „Dużo się martwię” mówi. Jednakże została poinformowana o zachowaniu bezpieczeństwa w domu, włączając w to używanie prezerwatyw i trzymanie szczoteczki do zębów osobno od reszty rodziny.

Jeszcze tego samego dnia Dianne dowiedziała się, że status HIV pacjenta był negatywny, ale Święta Bożego Narodzenia upłynęły jej w oczekiwaniu na powtórne badania krwi sześć tygodni po wypadku. „Byłam pełna negatywnych myśli, które z uporem starałam się zepchnąć na dalszy plan, ale zupełnie mi się to nie udawało” mówi. Diagnoza Wyniki drugiego badania krwi to był szok – była zakażona WZW typu C. „Wtedy chciałam usłyszeć więcej informacji i dowiedzieć czy mogę dalej pracować” mówi.
Pielęgniarka medycyny pracy sprawdziła procedury wymagane w takim wypadku. „Nie wykonywałam żadnych zabiegów, gdzie mogłoby dojść do ekspozycji, co oznaczało, że pod względem bezpieczeństwa nie było przeszkód dla kontynuowania pracy.” Jednakże doradzono jej, aby porozmawiała z specjalistą chorób zakaźnych o kuracji interferonem.

W dniu, kiedy miała umówioną wizytę, poszła normalnie do pracy. „Rozpłakałam się kiedy powiedziałam koleżankom, że mam WZW C. Były dla mnie takie dobre. Jedna z pielęgniarek powiedziała, że pójdzie ze mną na wizytę, a kiedy wróciłyśmy, czekał na mnie wielki bukiet kwiatów” mówi Dianne.

Po rozpatrzeniu wszystkich opcji Dianne zdecydowała się na ribavirinę w tabletkach braną dwa razy dziennie i cotygodniowe zastrzyki interferonu. Kuracja trwała 24 tygodnie.
Po uzyskaniu informacji o potencjalnie bardzo nieprzyjemnych skutkach ubocznych interferonu, Dianne zdecydowała się przyjmować go w piątek po południu mając nadzieję, że najgorsze minie do poniedziałku, tak aby mogła kontynuować pracę. Dwudziestego lutego po otrzymaniu pierwszego zastrzyku poszła do domu oczekując wystąpienia skutków ubocznych, które zwykle następują w przedziale od dwóch do sześciu godzin po iniekcji. Jednak nic się nie działo.
„Byłam naprawdę rozczarowana – czyż to nie głupie? W sobotę zastanawiałam się już czy zrobiłam sobie prawidłowo zastrzyk?” Nie musiała jednak długo czekać – „W niedzielę rano zwaliło mnie z nóg. Musiałam się położyć. Byłam wykończona, ale nie mogłam spać. Pracowałam nadal, ale po każdym kolejnym zastrzyku skutki uboczne pogarszały się”. Jednakże nie były one aż tak złe jak efekt psychologiczny, który był dużo trudniejszy do zniesienia. „Życie stało się takim wysiłkiem – nie miałam w ogóle motywacji. Miałam wahania nastrojów i nie byłam zbyt miłą osobą. Oczywiście nie byłam niemiła dla pacjentów – nie wiem jak udawało mi się ich wspierać, po prostu kontynuowałam pracę.”

Podczas wielu bezsennych nocy, Dianne surfowała godzinami po internecie, poszukując informacji i uzyskując wsparcie od osób będących w podobnych sytuacjach.
„Po każdym kolejnym zastrzyku skutki uboczne pogarszały się. Jednakże nie były one tak złe jak efekt psychologiczny”.
„Czułam się tak chora, że nie miało już znaczenia czy będę żyć czy umrę. Potem myślałam jakie to nie w porządku w stosunku do mojej rodziny” mówi. Doradca personalny przekonał ją do wzięcia leków antydepresyjnych i umówił ją na spotkanie z psychologiem. „Zapomniałam jak wykonuje się proste czynności” mówi Dianne. „Nie umiałam wyciągnąć pieniędzy z bankomatu, co, jak stwierdził mój mąż, nie było najgorsze”. Prowadziła także kalendarzyk codziennie zaznaczając przyjęcie leków, ale później nie pamiętała nawet, czy je już danego dnia brała, więc pozostało jej liczenie tabletek.
Wsparcie współpracowników: Współpracownicy Dianne niezmiernie ją wspierali, umożliwiając jej pracę w domu, jeżeli tylko było to możliwe. Doradca oraz lekarz chorób zakaźnych zachęcali ją do zwrócenia się do nich, kiedy tylko będzie potrzebowała rady lub po prostu rozmowy.

Kierownik wyposażył jej pokój w rozkładany fotel, aby w razie potrzeby mogła się położyć. Pomogły też SMS-y. „Moja siostra przysyłała dziesięć wiadomości dziennie. Zrezygnowała z ulubionej lampki wina tak aby mogła dać mi część swej wątroby gdybym potrzebowała przeszczepu”. Po dwunastu tygodniach kuracji Dianne miała kolejne badanie krwi. Wirus był niewykrywalny. „Byłam w euforii przez cały dzień, ale trwało to jedynie do następnego zastrzyku po którym znów czułam się chora. Tych kilka tygodni pozostałych do zakończenia kuracji wydawało mi się wiecznością aż do szóstego sierpnia 2004, kiedy to świętowałam kieliszkiem wina jej zakończenie. Oczekiwałam, że wkrótce poczuję się lepiej, ale zajęło to około trzech tygodni zanim zaczęłam się czuć inaczej”. Anemia złośliwa Pomimo, że kolejne badania krwi były negatywne, nie jest to koniec problemów Dianne. Odczuwa bóle stawów i bierze zastrzyki sterydowe w staw ramieniowy i biodrowy. Rozwinęła się także u niej anemia złośliwa. Nie jest jasne, czy jest to bezpośredni skutek przebytej kuracji. „Mój sposób postępowania w pracy nie uległ zmianie ponieważ jestem bardzo uważną osobą” mówi Dianne „Mam już to za sobą i myślę, że dzięki temu co przeszłam stałam się bardziej optymistyczną osobą. Staram się koncentrować na pozytywnych skutkach tego doświadczenia”. WZW typu C – fakty
  1. Liczba osób z przewlekłym WZW typu C szacowana jest w Anglii na około 200,000.
  2. Większość osób zakażonych wirusem nie jest tego świadoma, ponieważ pierwsze jego objawy pojawiają się po latach lub dziesięcioleciach.
  3. Około jedna z czterech osób pozbędzie się wirusa w sposób naturalny, u pozostałych zaś rozwinie się przewlekłe zakażenie.
  4. U około jednej na pięć osób z przewlekłym WZW typu C rozwinie się w końcu marskość wątroby, która może prowadzić do raka wątroby lub niewydolności wątroby.
Źródło: FACE IT – www.hepc. nhs.uk. RCN Publishing Company, October 2005

Szok po uświadomieniu sobie, iż poprzez drobne zranienie można tak wiele stracić nie musi być już dłużej problemem środowiska medycznego. Pielęgniarski epidemiologiczne dobrze o tym wiedzą i od kilku lat dopominają się o bezpieczne warunki pracy dla swoich koleżanek i kolegów z oddziałów. Unia Europejska dała nam Dyrektywę 32/2010. Wierzymy, że szkolenia którym patronowałyśmy dały pielęgniarkom wiedzę o zagrożeniach i informacje jak ich unikać. A teraz oczekujemy rozporządzenia Ministra Zdrowia w sprawie bezpieczeństwa i higieny pracy przy wykonywaniu prac związanych z narażeniem na zranienie ostrymi narzędziami używanymi przy udzielaniu świadczeń zdrowotnych.